sobota, 15 marca 2014

makaron szałwiowy

 Miałam dwa ranki wolne i nadrabiam zaległości blogowe. Ostatnio niezbyt często gotuję, jeszcze rzadziej fotografuję jedzenie, a o umieszczaniu nowych wpisów nie wspomnę. Dni miałam całkowicie zapełnione pracą, ale już sytuacja powolutku się normalizuje i może uda mi się zadbać o ogródek zarówno ten blogowy jak i ten ziołowy.


Danie, które dziś przedstawię jest wynikiem splotu szeregu wydarzeń - wspomnianego braku czasu, otrzymania wspaniałego kosza ze smakołykami (dziękuję firmie Malma) oraz faktu, że rozmarzł zalegający śnieg i mogłam zerwać trochę zimozielonej szałwii z mojego ogródka.

Od jakiegoś czasu miałam ochotę na makaron z masłem szałwiowym - wyobrażałam sobie ten smak i wyszło coś dobrego.


Składniki
150 g twardego sera (dałam zdecydowanie mniej)
200 g makaronu
10 świeżych liści szałwii
2 łyżki masła
pieprz
sól


Zetrzeć ser. Ugotować makaron w dużej ilości osolonej wody. Odcedzić.
Liście szałwii umyć, osuszyć i pokroić w paski.
Na patelni rozgrzać masło i podpiec na szałwię. Dodać odcedzony makaron, obtoczyć w szałwiowym maśle. Wymieszać w podgrzanej wcześniej misce ze startym serem. Podawać ze świeżo zmielonym pieprzem.


Połączenie dobrego makaronu, masła i szałwii daje niesamowity efekt. Coś tak prostego i szybkiego w wykonaniu może być tak dobre.

W ogrodzie mam 3 rodzaje szałwii - o srebrnych liściach wąskich i szerokich oraz o liściach, które przebarwione są na czerwono/bordowo, niestety szałwia z białymi i różowymi plamami na liściach nie przeżyła mi zimy.

czwartek, 13 marca 2014

trzydniowa marmolada pomarańczowa

 Marmoladę pomarańczową lub coś co osobiście nazwałabym galaretką pomarańczową lub dżemem pomarańczowym kocham od wielu lat - czyli od jakiegoś 1997 lub 1999 roku - mojej pierwszej wyprawy do Francji. W akademiku/bursie, w której mieszkałam na śniadanie otwierali właśnie marmoladę pomarańczową, która była zamknięta w "maleńką" 5-cio litrową puszeczkę. Później już zawsze szukałam tego smaku, lekko gorzkawego cytrusami, świeżego i tak odmiennego od znanych mi domowych przetworów.


Już w zeszłym roku robiłam marmoladę pomarańczową z gorzkich pomarańczy, ale nie udało mi się zrobić zdjęć i przepisu nie zamieściłam na blogu. Gorzej, że w tym roku nie mogłam znaleźć tej strony, z której brałam przepis. Dwa dni zajęło mi odnalezienie w odmętach internetu przepisu na marmoladę pomarańczową robioną długim sposobem. Przepis przewiduje trzydniową produkcję - ale wierzcie warto, warto i jeszcze raz warto poświęcić trochę czasu na przygotowanie tej marmolady. Te 3 dni mogą zabrzmieć jak cała wieczność, ale jest to bardzo wygodny sposób przygotowania marmolady i bardzo ekonomiczny.

Ten długotrwały proces produkcji ma na celu uwolnienie naturalnej pektyny.

Przeraża mnie to, że w części przepisów na marmolady pomarańczowe używa się cukru żelującego - po co? skoro pektynę wytwarza się z pomarańczy. Te owoce w Polsce są zbyt drogie, żeby nie wykorzystać a tym samym marnować coś tak cennego. 


 Gorzkie pomarańcze mam sprowadzane z Sycylii i niestety swoje kosztują, ale jeżeli nie ma się w zasięgu gorzkich, nie woskowanych pomarańczy można zastąpić je zwykłymi. Według tego przepisu znajoma robiła marmoladę ze zwykłych pomarańczy i też wyszła wspaniała.

Na początek proponuję robić marmoladę z 1kg pomarańczy chyba, że macie w domu dużo dużych i bardzo dużych garnków.


Potrzebne będzie 1 kg pomarańczy, woda i cukier. O ilościach wody i cukru będzie za chwilę.

Dzień 1

1 kg pomarańczy tniemy bardzo cienko na małe kawałki (najlepiej na mandolinie), wybieramy i odkładamy pestki. Ten jeden marny kilogram pomarańczy nagle zaczyna nam w oczach rosnąć. Lepiej, żeby nie pozostały całe plasterki pomarańczy bo później niszczą one strukturę gotowej już marmolady/galaretki pomarańczowej.
Owoce zalewamy wodą - na 1kg pomarańczy dajemy 2 litry wody.
Odłożone pestki zawijamy w kawałek gazy (nie będzie później trzeba łowić pestek) i wrzucamy do wody i pomarańczy.
A teraz uzbrajamy się w CIERPLIWOŚĆ. I zostawiamy garnek z wodą i pomarańczami na 24 godziny. Wierzcie jest to chyba jeden z najtrudniejszych elementów - nic nie robić.

Dzień 2

Zalane owoce gotujemy około pół godziny - a tak na prawdę do momentu aż owoce będą miękkie.
I zostawiamy na kolejne 24 godziny. Wiem - czekanie potrafi być nieznośne.

Dzień 3

Wyjmujemy zawiniątek z pestkami, zdejmujemy z niego samą doboć czyli wytworzoną pektynę. Odmierzamy owoce. Na każdy 1 litr mikstury pomarańczowej dajemy 2 kilogramy cukru i gotujemy.
(Dziękuję Paulinie za zwrócenie uwagi - w oryginalnym przepisie było zdecydowanie mniej cukru na 1 litr - 1 kilogram cukru)
Od momentu zagotowania, gotujemy jeszcze około 20 minut - może być trochę mniej lub trochę więcej czasu - wszystko zależy od wielkości, kształtu garnka, od ilości przygotowywanej marmolady. Moje pierwsze marmolady gotowałam dużo dłużej, ale wystarczyłoby i 15 minut.


No i nareszcie możemy cieszyć się marmoladą pomarańczową. Moja propozycja to wkładać marmoladę pomarańczową do słoików o prostych ściankach i które nie mają przewężenia w szyjkach. Słoiki zapasteryzować.

Ale śmiesznie się czułam robiąc przetwory w luty i marcu.

Pół dnia wolnego i nowy post na blogu, może powinnam brać częściej wolne.




wtorek, 18 lutego 2014

trufle czekoladowe


Trufle - trufle czekoladowe kocham, miłością wielką. Jak dla mnie jest to po części hołd złożony czekoladzie, która gra tutaj pierwsze skrzypce. Inne składowe są tylko dodatkami podkreślającymi piękno podstawowego składnika.


Nasze trufle powstały jako sposób na wykorzystanie rozwarstwionej polewy czekoladowej i to pomysł doskonały. Serdecznie polecam. Trufelki powstały w zeszłym roku, ale jakoś nie doczekały się publikacji na blogu.


Trufle czekoladowe - przepis postawowy

200 g czekolady (najlepiej gorzkiej)
80-100 g masła
3-4 łyżki śmietanki

kakao, mielone orzechy/pistacje, cukier puder do obtoczenia



Pokruszoną czekoladę topimy z masłem w kąpieli wodnej (w naczyniu zawieszonym nad garnkiem z gotującą się wodą). Dodajemy śmietankę, mieszamy. Do środka można dorzucić posiekane orzechy, pocięte na małe kawałki suszone śliwki. Pozostawiamy do przestudzenia.
Formujemy kulki. Obtaczamy w kakao (moja ulubiona wersja), mielonych orzechach, migdałach, posiekanych niesolonych pistacjach, cukrze pudrze (ładnie kontrastuje z tymi obtoczonymi w kakao).


Powiem tak, jestem jeszcze żyję, ale ilość pracy jaką mam w ostatnim czasie nie ułatwia mi dodawania wpisów.
Na razie kolekcjonuję zdjęcia kolejnych potraw, pomysły na potrawy i nowe wspaniałe książki kucharskie.
Mam już "aż" 2 potrawy do serii, którą chcę opublikować, a której pomysł powstał ze 2 lata temu, ale to cicho sza - jak się pojawi to będzie (jak z rzadka wpisy na blogu).